Menu
Menu

Dlaczego galerie sztuki nas onieśmielają?

Galerie sztuki są… onieśmielające. Większość z nich wygląda tak, jak bardzo wyszukane pudełko, z ekstra białymi ścianami i betonową posadzką. Odważni, którzy przekroczą ten próg elitarnego środowiska, muszą przejść także obok strażnika, który gnieździ się za wielkim, groźnym biurkiem. Strażnika gotowego do wpatrywania się w Ciebie niezależnie od tego, który róg galerii okupujesz. Kiedy już go miniesz, musisz obrać prostą, choć często całkowicie zagadkową drogę pomiędzy rzeźbami, obrazami czy czymkolwiek innym, co akurat się tam znajdzie. <<NIGDY nie dotykaj sztuki>>, krzyczy Twoje superego, kiedy próbujesz napinać możliwie jak najmniej mięśni”.

Powyżej zacytowany tekst to wstęp do artykułu Katherine Brooks z HuffPost Arts & Culture. Jego polski tytuł brzmiałby „11 sygnałów oznaczających, że za bardzo spinasz się w galerii sztuki”. Po bardzo trafnym spostrzeżeniu o zbyt dużej presji, jaką wywieramy na sobie odwiedzając galerie sztuki, autorka tłumaczy, że jedyne, czego galerie oczekują od nas odwiedzających, to frekwencja i zaangażowanie. W końcu galerie są darmowe, nie obowiązuje w nich żaden formalny dresscode i wcale nie musimy udawać, że mamy zamiar cokolwiek kupić…

Zgodnie z jedną z najbardziej praktycznych i praktykowanych życiowych zasad, której jeden z wielu wariantów brzmi „za darmo to i ocet słodki”, w galeriach sztuki powinny być masy odwiedzających, łaknących darmowego dostępu do kultury, a jednak… jakoś ich nie widać. Dlaczego tak się dzieję? Czy przyczyny powinniśmy poszukiwać w nas samych, którzy stawiają przed sobą zbyt wygórowane wymagania myśląc o wizycie w galerii?!

Katherine Brooks z HuffPost w swoim artykule napisała, że nie ma się czego obawiać: obsługa nie gryzie, nikt nie liczy nam czasu, który poświęcamy na wpatrywanie się w prace artystów, zawsze drukowana jest jakaś ulotka o aktualnej wystawie, no i wcale nie musimy udawać osób, które choć trochę są zainteresowane kupnem dzieł sztuki. Wydaje mi się jednak, że zamiast zachęcać ludzi do odwiedzania galerii w ten sposób, powinniśmy spojrzeć na cały problem szerzej i zbadać jego podstawy. Jeśli uznajemy, że galerie sztuki są onieśmielające, to zapytajmy dlaczego tak jest? Dlaczego galerie sztuki nas onieśmielają? Dlaczego celowo budują wokół siebie niewidzialne bariery, których większość ludzi nigdy nie przekroczy? Dlaczego większości społeczeństwa wydaje się, że galeria to przestrzeń otwarta wyłącznie dla elity? Dlaczego w ogóle żyjemy w przekonaniu, że sztuka jest domeną elit? Rynek sztuki – w pewnej części tak. Sama sztuka i dostęp do niej – od pewnego czasu już nie. Mimo to, środowisko „sztuczne” usilnie próbuje wmówić nam, że jest inaczej.

Prosty przykład – odwiedziłam ostatnio wystawę Mirosława Bałki w Muzeum Sztuki w Łodzi. Wystawa – standardowo – zapowiadana i komplementowana zarówno w zagranicznych jak i lokalnych mediach. Duży szum, dużo pozytywnych recenzji, dużo odwiedzin i w efekcie pewnie niezła sprzedaż biletów. Wszystko by się zgadzało ($), dopóki nie samo doświadczenie wystawy. Nie wiem, czy ludziom głupio jest przyznać się, że czegoś nie rozumieją, czy po prostu wszyscy, którzy odwiedzili wystawę doskonale znali wcześniej: całą biografię Bałki, wszystkie jego prace i ich interpretacje, pełen kontekst społeczny, ekonomiczny i polityczny każdej z wystawionych prac oraz wszelkie inne wydarzenia, teksty, zjawiska i postacie, do których Bałka odnosi się w swojej twórczości.  

Jeśli ktoś – przypadkiem (!) – nie znał wszystkich tych danych, dat, historii, tekstów i interpretacji, to niestety z wystawy nic nie wyniósł. Powiem więcej – jeśli to byłaby pierwsza wystawa, jaką zobaczyłabym w swoim życiu, to już nigdy więcej nie odwiedziłabym żadnego muzeum. I na nic tu rady Katherine Brooks. 

To naturalne, że sztuka – szczególnie w takim wydaniu – wymaga od odbiorcy wiedzy na temat artysty, założeń i celów jego twórczości, okresu w którym tworzył, czy po prostu znajomości historii i historii sztuki. Nie uważam jednak, że każdy odwiedzający jakąkolwiek wystawę, przed wyjściem z domu musi przeczytać encyklopedię i znać na pamięć terminy ze słownika pojęć artystycznych. Wydaje mi się, że mimo wszystko takie jest założenie większości kuratorów, którzy podobne wystawy produkują. Nie wiem nawet czy Ci, którzy pamiętali, by wziąć ze sobą przed wejściem obszerną książeczkę opisującą wystawę, byli w uprzywilejowanej sytuacji. W związku z tym, że chyba żadna z prac nie została podpisana, to ciężko (oprócz oczywistych przykładów) byłoby dopasować opis z książki do obserwowanego obiektu. Oglądanie prac Bałki skonfrontowane z nerwowym przerzucaniem kartek tej książki i szukaniem swojego miejsca w opisanym w książce labiryncie wywołało – w moim przypadku już nawet nie frustracje, ale po prostu kolejny zawód.

Mimo gruntownego wykształcenia historyczno-sztucznego zawsze staram się patrzeć na wystawę bez uprzedzeń, świeżym i na ile to możliwe tzw. „nieuzbrojonym” okiem. I między innymi dlatego uważam, że od instytucji muzeum powinniśmy wymagać trochę więcej, niż zebrania prac wybranego artysty w jednym miejscu (to robi już Internet). Niestety większość instytucji sztuki nie wymaga więcej od siebie. A szkoda, bo niszczy to nie tylko sposób obioru prac konkretnego artysty, ale też ogólnie sposób postrzegania sztuki przez nasze społeczeństwo. W tym wszystkim nie chodzi też o to, by galeria, czy muzeum przedstawiały nam gotowe, „suche” opracowania, tezy czy teorie, ale o to, by stawiały przed nami pytania i motywowały nas do zadawania sobie pytań. Po wystawie Bałki przyszło mi na myśl jedno: czy właśnie tak powinny wyglądać wzorcowe, polskie wystawy polskich artystów?

Rada na dziś: ośmielajcie się mówić, że nie rozumiecie.
GALERIANKA

0 comments

Here is no comments for now.

Leave a reply